Turkmenistan, 4-8 lipca

Po kilku leniwych dniach oczekiwania na początek naszej turkmeńskiej wizy ruszyliśmy 4 lipca o świcie na granicę z Turkmenistanem. Byliśmy tam jako pierwsi przekraczający (bo tylko 5 dni wizy tranzytowej na przejechanie przez cały kraj nie pozostawiło nam miejsca na mitrężenie ani chwili). Na granicy pojawił się jednak problem – urzędnicy nie do końca byli pewni jaką procedurę zastosować do nas (nie byliśmy wszak ich powszednią porcją kierowców tirów, którzy zresztą skrzętnie to wykorzystali i szybko wdarli się przed nas we wszelkie kolejki do okienek). Okienka… Tak, było ich dużo. Czasem przy czwartym okienku z kolei dowiadywaliśmy się, że trzeba wrócić do pierwszego po ważną pieczątkę. Potem odsyłano nas do budynku obok, po jakieś inne formularze. Następnie zostawaliśmy zaskakiwani pytaniem, czy opłaciliśmy już to i tamto w okienku nr 2… Innymi słowy formalności na granicy trwały i trwały, w sumie 3,5 godziny biegania tu i tam z papierami i dopytywania, co tak właściwie mamy zrobić. W końcu się udało. Zapłaciliśmy całkiem sporo, w sumie około 100 dolarów na głowę – za wwóz motocykli oraz specjalny domiar dla zagranicznych turystów, wyrównujący cenę benzyny (w Turkmenistanie państwo dopłaca do benzyny, więc na wszystkich stacjach jest ta sama cena, która wynosi w przeliczeniu około 80 groszy za litr, ale na granicy musieliśmy dopłacić kilkadziesiąt dolarów, by móc cieszyć się tą taniutką benzyną). Dostaliśmy też święty dokument – zieloną mapkę kraju formatu A4, na której urzędnik zaznaczył nam długopisem jedyną możliwą trasę, jaką wolno nam jechać (przy wizie tranzytowej tak właśnie to wygląda – jedziesz z przejścia granicznego A do przejścia granicznego B najkrótszą możliwą drogą. Żadnego szwędania się po bocznych drogach. A że policji tam pełno i kontrolują zawzięcie – rzeczywiście nie zbaczaliśmy z wyznaczonej trasy).
Zaraz po przekroczeniu granicy okazało się, że to nie koniec opłat – trzeba zapłacić także za przejazd przez most pontonowy na Amu Darii w Farab – do tego opłata była dwuczęściowa, część w lokalnej walucie, a część w dolarach (i też nie była mała – w sumie około 70 dolarów od osoby, o ile dobrze pamiętam). Most był dramatem – ruszające się żeliwne śliskie płyty, pospajane szynami, też śliskimi, gigantyczny ruch tirów, a woda była tak wysoko, że naprawdę czuć było jej napór na pontony, z których zrobiona była cała ta dziwaczna konstrukcja. Brrr. Na szczęście przejechaliśmy bez szwanku.
Za to tuż za mostem, w Turkmenabat natrafiliśmy na asfalt tak śliski (twardy i wypolerowany, mimo prawie 50 stopni ciepła), że Janusz wykonał na nim piękny ślizg (częściowo na kolanie). Na szczęście strat żadnych nie było, poza tym, że najedliśmy się strachu.
Pierwszego dnia dojechaliśmy do Bayramaly – małego miasteczka, koło którego leżą ruiny starożytnego miasta Merw. Droga była prosta i nudna – równa dwupasmówka przez pustynię – żółtawą, porośniętą krzakami, niewiele różniącą się od tej, którą znaliśmy już z setek kilometrów w Uzbekistanie. W Bayramaly przyjazny lokalny kierowca wskazał nam tani hotel, z sześćdziesięcioletnią, zaondulowaną panią na recepcji – bardzo była miła i pozwoliła nam na noc wjechać motocyklami do wykafelkowanego holu.
Następnego dnia o świcie pojechaliśmy zwiedzać ruiny Merw – w XI wieku było to ponoć największe miasto świata. Centralny węzeł komunikacyjny i jedyna oaza w promieniu setek kilometrów – stworzyły ośrodek miejski, który nawet teraz robi wrażenie ogromem (zachowały się głównie zewnętrzne mury, oraz główna cytadela-zamek – tyle że dziś przypomina bardziej usypany kopiec niż budynek…). Miasto zostało starte z powierzchni ziemi przez syna Czyngis-chana i nigdy nie zostało odbudowane.W każdym razie teren pozostałości po mieście jest wielki – na szczęście da się go objechać motocyklem lub samochodem, do najlepiej zachowanych elementów ruin wytyczono asfaltowe drogi.

DSC00033

Ruiny murów Merw, w środku mauzoleum jednego z ostatnich władców.

Po objechaniu ruin wróciliśmy po bagaże pozostawione w hotelu i ruszyliśmy w stronę Ashgabadu, tam zamierzaliśmy dotrzeć na noc. Trasa do Ashgabadu okazała się koszmarem – nieustający żar (ponad 50 stopni), wąska droga pełna tirów i poorana koleinami – ciągła konieczność wyprzedzania w tych koleinach, a do tego fragmenty znanego nam już, wypolerowanego twardego asfaltu, niesamowicie śliskiego – dla mnie był to najgorszy chyba dzień całej wyprawy. Zwłaszcza że tym razem śliski asfalt zapolował na mnie – i zaliczyłam spektakularną wywrotkę w dość gęstym ruchu – znów nic mi się nie stało, a motocykl lekko tylko przekrzywił dźwignię zmiany biegów – po raz kolejny miałam niesamowitego farta. Niestety wykrzywiona dźwignia dawała się we znaki – biegi nie chciały wchodzić, często spadały na luz – w takim stanie musiałam prowadzić przez całe popołudnie i wieczór już po mieście. Nie polecam.
100 km przed Ashgabadem zaczęła się za to niesamowita, przepiękna autostrada. Miasto zaś przywitało nas zupełną zmianą organizacji ruchu w stosunku do tego, co było w GPSie (tam ciągle przebudowują stare dzielnice na nowe, marmurowe). Po dotarciu w okolice centrum krążyliśmy więc, szukając jakiegoś sensownego hotelu. Znaleźliśmy w końcu straszny postsowiecki hotel o bardzo zaniedbanych pokojach, a cenie 2,5 raza wyższej niż zwykle płaciliśmy – ale cóż było robić, zmęczeni nie bardzo mieliśmy inna alternatywę (inne hotele były dużo dalej i wg cen z przewodnika, nawet pięciokrotnie droższe niż nasz wyprawowy standard).
Trzy czwarte kolejnego, trzeciego dnia w Turkmenistanie spędziliśmy “zwiedzając” Ashgabad. Nie bardzo jest tam co zwiedzać, ale samo miasto robi niesamowite wrażenie – długie, wielopasmowe aleje, zupełnie puste, a wzdłuż nich białe, marmurowe, reprezentacyjne budynki – które także wyglądają, jakby nikt w nich nie mieszkał. W samym centrum zaś niższe, ale też marmurowe pałace, w których mieszczą się urzędy i ministerstwa – wszędzie marmur, parki, fontanny – i zero przechodniów.


2014-07-06 12.17.52

Typowa ulica w Ashgabadzie. Serio.

Wyobraźcie sobie Sim City, albo miasto całe z klocków lego – zero życia, choć pełna rozmachu wizja architektoniczna. Dotarliśmy do mauzoleum i muzeum zmarłego przed paru laty Turkmenbaszy – jego pomnik (który za życia stał w centrum miasta) nowy przywódca przeniósł na wzgórze tuż poza miastem – z niesamowitym widokiem na stworzony przez Turkmanbaszę Ashgabad. Pomnik-muzeum wygląda jak gotowa do startu rakieta, a na czubku złocisty posąg Turkmenbaszy błogosławi lud.

2014-07-06 12.29.14

Z tarasu widokowego na górze pomnika widać kilka innych pomników o dziwacznych kształtach, żagiel na środku pustyni, wielkie złociste koło, czy konstrukcja, która wygląda jak wielka gumowa szczotka do klozetu (tyle że z marmuru i ze złotymi zdobieniami…).

2014-07-06 13.07.02

To miasto jest trochę jak cały ten kraj w pigułce – widać, że są tu gigantyczne pieniądze – ale wydane na kompletnie nieprzydatne fajerwerki. Nie można powiedzieć, że to biedny kraj – ilość nowych, zachodnich samochodów, jakość produkcji w lokalnej telewizji, mnóstwo budujących się nowych budowli – to wszystko krzyczy o specyficznym rodzaju bogactwa, takim, które pompowane jest wyłącznie w reprezentacyjność. A zwykli ludzie – cóż, im wystarczyć muszą małe szare domki złożone z przedpokoju, łazienki i jednej dużej izby oraz tanie szaszłyki z przydrożnego straganu…

Nie chcieliśmy zostawać na drugą noc w koszmarnym hotelu w stolicy – ruszyliśmy dalej na zachód, zwiedziliśmy ruiny starożytnej perskiej stolicy – Nisy (po Merw nie robiła już wrażenia) i zanocowaliśmy w takim małym szarym domku w miasteczku gdzieś 90 km za Ashgabadem. Było to zresztą dość dziwne miasteczko, bo tu też była dzielnica białych marmurowych budynków, oraz wielki urzędowy budynek z zakazem wjazdu na bramie – wyglądał jak szpital lub sanatorium. A zadziwiająco duży procent ludności znakomicie mówił tu po angielsku, w tym z nienagannym brytyjskim akcentem… Przeszła nam przez głowę myśl, że trafiliśmy na miejsce szkolenia różnych agentów rządowych. Zwłaszcza, że zadawali całkiem podchwytliwe pytania. W każdym razie jeden z lokalnych potentatów, właściciel przydrożnego grilla i domku typu “dacza” zgodził się wynająć nam ten domek za niewielkie pieniądze. Była to “ostatnia chata we wsi” – za nią już tylko pustynia.
Wstaliśmy przed świtem, żeby jak najwcześniej dojechać do Turkmenbaszy, czyli portu nad Morzem Kaspijskim, ostatniego przystanku w tym kraju. To był czwarty nasz dzień w Turkmenistanie, mieliśmy jeszcze dwie doby, by go opuścić, ale świadomi możliwych problemów z dostaniem się na prom woleliśmy być w porcie jak najwcześniej. Po pokonaniu ponad 400 km przez pustynię (tym razem prawdziwą, taką z wydmami, złocistą i piaszczystą!) dotarliśmy do Turkmenbaszy około 14.

DSC00150

Prawdziwa pustynia wygląda tak.

W porcie dowiedzieliśmy się, że prom przypłynie pod wieczór, postanowiliśmy więc zobaczyć miasteczko, zrobić zakupy i dopiero powrócić.

DSC00160

Dworzec kolejowy w Turkmenbaszy. Całe miasto jest dość ładne, pełne postsowieckich willi i pensjonatów, zadbanych i malowniczo położonych.

Przy okazji trafiliśmy też na plażę miejską i wykąpaliśmy się w morzu – Kaspijskie jest niezbyt słone, prawie jak Bałtyk, sporo w nim glonów i wodorostów, ale przy panującym upale woda była bardzo przyjemna.

DSC00163
Około 19 przybyliśmy z powrotem do portu i rozpoczęło się czekanie. Następnych kilkadziesiąt godzin to był koszmar – najpierw użeranie się z urzędnikami, odprawa na prom to bowiem jeszcze bardziej skomplikowana procedura niż wjechanie do kraju. Nawet nie chce mi się wracać pamięcią do tych nieustannych pytań, nagabywań co powinniśmy robić, żeby się odprawić – i sprzecznych informacji, których nam udzielano (na tym etapie komunikowałam się już całkiem sprawnie po rosyjsku, mogłam więc żądać, pytać i domagać się całkiem skutecznie). W końcu po wielu próbach dogadania się i uzyskania informacji, co i jak, udało nam się odprawić, dostać talony na bilet na prom i wjechać na teren przystani. Było to około pierwszej w nocy. Kazano nam czekać, aż prom będzie gotowy do załadunku – to nastąpiło około 3:30. Wtedy nas obudzili z drzemki, zagonili na prom, kazali zdobyć jeszcze po pieczątce w paszporcie, przymocować motocykle – i o 5:30 mieliśmy już własną kajutę na promie. Odpłynęliśmy zaś dopiero o 11 rano, bo załadunek tirów (upchniętych tak, że między jednym a drugim było 5-10 cm przestrzeni) trwał niesamowicie długo.

DSC00180

Widok z odpływającego promu na Turkmenbaszy.

Dopiero przy wypłynięciu dano nam też śniadanie (płatne oddzielnie, natomiast późniejszy lunch był w cenie biletu). Zapłaciliśmy 90 dolarów za bilet, po 13 dolarów za motocykl i jakieś grosze opłat manipulacyjnych w lokalnej walucie. Podróż do Baku miała trwać jakieś 14 godzin. Większość przespaliśmy, umęczeni czekaniem i procedurami wydostania się z Turkmenistanu… Mieliśmy nadzieję, że w Azerbejdżanie czeka nas już cywilizacja i znacznie mniej absurdalnej biurokracji. Ależ się myliliśmy!

(c.d.n. w kolejnym wpisie, stay tuned!)

Share your thoughts