Turcja, 19-23 lipca

Pierwszą noc w Turcji spędziliśmy w Hopie – sennym nadmorskim miasteczku, takim samym jak wiele innych położonych nad Morzem Czarnym wzdłuż drogi z Gruzji. Kilkanaście hoteli przy głównej drodze nad samym morzem, trochę osiedli ciągnących się w głąb lądu, i tyle. Pogoda nie pozwoliła nam cieszyć się kąpielą w morzu – chmury i deszcz nie nastrajały najlepiej. A tym bardziej nie nastroiło nas do lenistwa  odkrycie o poranku że z przedniej opony motocykla Stojana uszło całe powietrze. Co było o tyle dziwne, że przez cały Kaukaz jechał na pękniętej oponie, ale tylnej. W tej sytuacji postanowiliśmy wyruszyć jak najszybciej do najbliższego dużego miasta – Trabzon – i tam wymienić obie stojanowe opony. Stojan dostał od znajomych motocyklistów na fb namiary na  warsztat yamahy i ruszyliśmy. Na miejscu okazało się, że warsztat nie do końca jest tam, gdzie wskazywały namiary, no i nie jest warsztatem, tylko salonem sprzedaży. Przez dłuższy czas trwały rozmowy, czy da się wymienić opony i na jakie, w końcu nic z nich nie wynikło – ale zjechali się w tym czasie lokalni motocykliści, w tym Semih na swojej trzykolorowej CBR250R – on nas wspomógł i zaprowadził do zaprzyjaźnionego warsztatu motocyklowego.

2014-07-19 16.47.41

Semih i kolorowa ćwiartka przed pomocnym warsztatem.

Mieli tam pasujące opony w sensownej cenie, i do tego zajęli się motocyklem Stojana szybko i sprawnie. Straciliśmy pół dnia na szukanie warsztatu, więc kiedy ruszaliśmy z Trabzon chcieliśmy dojechać jak najdalej przed zmrokiem. Udało się dotrzeć do Giresun, bardzo sympatycznego miasteczka, które tym różniło się od innych kurorcików mijanych przez nas, że miało urokliwa starówkę, pełną wąskich krętych uliczek i tętniącą nocnym życiem. Kolejny czysty i luksusowy hotelik, kolacja w knajpce w jednej z wąskich uliczek i shisha w knajpce złożonej z 5 pięter tarasów obrośniętych bluszczem – to był miły wieczór, choć czuliśmy już, że zbliżamy się do końca podróży…

2014-07-19 21.35.38

Te wszystkie balkony porośnięte bluszczem to tarasy jednej knajpy, bardzo klimatyczne.

Z Giresun ruszyliśmy zaraz po hotelowym śniadaniu, gdyż tego dnia chcieliśmy dojechać jak najbliżej Stambułu. Po całym dniu jazdy dotarliśmy w okolice Bolu, więc udało się pokonać 680 km. Zaskoczyło nas jak świetne drogi są w Turcji, a do przyjemności jechania nimi dokładały się malownicze widoki – porośnięte lasem góry, malownicze doliny rzek. Turcja jest ładna i trochę żałowaliśmy, że nie możemy zwiedzić jej dokładniej, z drugiej strony jednak zmęczenie dawało znać o sobie i chcieliśmy jak najszybciej przemieszczać się w kierunku domu. Zanocowaliśmy pod namiotami na szczycie wzgórza z widokiem na Bolu, morze świateł pod nami, jak na amerykańskich filmach.

2014-07-20 20.17.34

Widok z naszej miejscówki noclegowej na Bolu – po zmroku dolina w dole pełna była świateł.

Plan na następny dzień był taki, że jeśli pogoda się poprawi to spróbujemy przed dotarciem do Stambułu wykąpać się w morzu. Najpierw próbowaliśmy znaleźć miłe miejsce do kąpieli w okolicy miejscowości Darica, ale tam morze ma charakter głównie industrialny – porty i stocznie ciągną się przez większość wybrzeża. Postanowiliśmy więc przeskoczyć na północ, nad Morze Czarne i tam znaleźliśmy sympatyczną plaże obok Sile – niestety była silna wsteczna fala i kąpiel była zabroniona. Poleżeliśmy trochę w piasku, pospacerowaliśmy po plaży – i znaleźliśmy niewielką lagunę, gdzie fal nie było – tam się zanurzyliśmy w morzu i popluskaliśmy trochę. Na wieczór przejechaliśmy w okolice miasteczka Riva, i tam rozbiliśmy namioty na klifie z widokiem na wyjście z Bosforu – widzieliśmy wszystkie wypływające z cieśniny statki. Widok był cudny, niestety leżące dookoła śmieci trochę psuły wrażenia estetyczne. Śmieci to ogólnie ogromny problem w Turcji – wszędzie gdzie próbowaliśmy znaleźć miejsce na namiot zalegały ich hałdy – butelki szklane i plastikowe, papiery, resztki jedzenia, prezerwatywy… Jakby nikt nie wrzucał tam śmieci do kosza, tylko ot tak, na ziemie i tyle. Przyznam, że psuło to przyjemność jazdy przez naprawdę fajny kraj.

2014-07-21 20.32.44

Gdyby nie śmieci, to byłoby naprawdę idealne miejsce na nocleg.

Następnego dnia o poranku wjechaliśmy do Stambułu. Zainstalowaliśmy się w hostelu Sultan tuż obok Hagia Sophia i ruszyliśmy zwiedzać miasto. Hagia Sophia, Błękitny Meczet, Bazar – postanowiliśmy zobaczyć największe atrakcje.

2014-07-22 15.34.02

Błękitny meczet z zewnątrz.

2014-07-22 17.00.35

Jedna z alejek bazaru.

Wieczór spędziliśmy w naszym hostelu, na uliczce pełnej hoteli i knajpek, paląc shishę i relaksując się całkowicie. To było dobre. Następnego dnia o poranku pożegnaliśmy Malinę, który chciał jak najszybciej dotrzeć do domu z przyczyn rodzinnych. My mieliśmy jeszcze cały dzień na zwiedzanie, przeznaczyliśmy go na zobaczenie pałacu Topkapi, należącego do otomańskich władców, Basilica Cistern (niesamowity podziemny zbiornik na wodę z czasów Justyniana, robi ogromne wrażenie) i na niespieszne spacery po mieście, połączone z kolejną wizytą na bazarze.

2014-07-23 13.29.50

Ogrody pałacu Topkapi.

2014-07-23 13.47.32

Widok na Bosfor i Stambuł z tarasów pałacu Topkapi.

2014-07-23 15.49.43

Basilica Cistern – podziemny zbiornik na wodę, miejsce magiczne.

Wieczorem poszliśmy na spacer pod Błękitny Meczet i zobaczyliśmy widok niezwykły: całe tłumy stambułczyków, jedzące kolację na trawie, całymi rodzinami, z psami, dzieciakami, a były to wystawne kolacje z wielu dań. Ciężko było znaleźć miejsce na trawniku, by na nim usiąść, tak dużo było ucztujących ludzi. Dookoła meczetu tłum przelewał się, plotkując i śmiejąc się. Wszędzie atmosfera radosnego festynu. Myśleliśmy, że to jakieś jednorazowe święto, koniec ramadanu lub coś takiego – ale po rozmowach z kilkoma osobami, które też zwiedzały Stambuł okazało się, że tak jest codziennie. Po prostu wieczorem życie towarzyskie przenosi się na place i trawniki.

2014-07-23 21.56.32

Dzieciaki bawiące się przy fontannie – mały i miły element kolorowego, świętującego tłumu.

Mamy poczucie, że ledwie liznęliśmy Stambułu. Wyjeżdżając z miasta, które zdawało się nie kończyć, tak jest ogromne, trochę żałowaliśmy, że nie mamy czasu i siły na więcej. Jednak coraz mniejszy dystans do domu sprawiał, że parliśmy na północ z coraz większą determinacją. 24 lipca przed południem opuściliśmy Turcję i wjechaliśmy do Bułgarii. Rozpoczął się ostatni etap podróży, już bez zwiedzania – powrót.