Sauran, Turkiestan i Szymkent

1 czerwca 2014 – początek dnia i pakowanie umilił nam bardzo sympatyczny kompozytor i muzyk z lokalnym instrumentem, rodzajem bałałajki. Wpadł z wizyta do hotelu gdzie nocowaliśmy i w czasie pakowania zagrał nam swój utwór i porozmawiał z nami chwilę o losie motocyklowych nomadów. To był naprawdę miły początek dnia, zwłaszcza w połączeniu z opuszczeniem obskurnej nory, którą był ten w środku nocy znaleziony hotel – brudny, zapyziały i wcale nie tani (Kazachowie na każdym kroku próbują naciągnąć nas na coś, zaokrąglając sobie rachunki do zapłacenia do góry, albo nawet dodając na końcu sumy “przypadkowe” zero).

Cofnęliśmy się nieco wzdłuż drogi, którą przyjechaliśmy, aby zobaczyć Sauran – malownicze ruiny XIV-wiecznego miasta, które było ważnym punktem na Jedwabnym Szlaku, sporym, żywym miastem, mającym ponoć własny system kanalizacji. Ruiny z zewnątrz robią większe wrażenie, niż w środku. Dość spore fragmenty zachowanych murów i imponująca brama okalają bowiem wielki pusty teren, gdzie zachowało się tylko trochę ścian i zarysów budynków oraz prawdopodobny przebieg głównej ulicy. Jednak jak sobie uświadomić spore rozmiary miasta i jego opisywany w kronikach poziom cywilizacyjny – robi to spore wrażenie.

Potem pojechaliśmy zwiedzać Turkiestan – a było to nasze pierwsze spotkanie z architekturą timurydzką – charakterystyczne błękitne kopuły i mozaiki – widziane wielokrotnie na zdjęciach, a teraz tak po prostu na żywo – to było przeżycie. Wrażenie zrobili na mnie także modlący się ludzie, podążający wzdłuż murów świątyni i nabożnie dotykający jej cegieł, co jakiś czas przycupnięci w kucki, w skupieniu – dotyk jako forma modlitwy.

A równolegle, tuż obok tego modlitewnego skupienia – trwał festyn, grill, wielbłądy, rodziny robiące sobie fotki z pawiem, tresowany orzeł…. No i niestety wszechobecna w Kazachstanie prowizorka i szpetota – dookolne budynki niezadbane, kupy gruzu, nawet reprezentacyjny ogród różany okazał się być wyschniętym polem, gdzie owszem, rosły róże, ale bez ładu i składu i bez troski o estetykę tego ponoć najbardziej reprezentacyjnego miejsca w kraju.

Po tygodniu pobytu w Kazachstanie myślę, że mogę wstępnie powiedzieć, że głównymi cechami tego kraju są prowizorka i brzydota. No i bieda, w jakiej żyją ludzie. Nie widziałam jeszcze najbardziej reprezentacyjnych miast, ale to, w którym jesteśmy teraz, ponoć jedno z ładniejszych – nie nastraja optymistycznie.

Szymkent rozczarowuje, rządzą tu tandeta i kicz, a ponadto jest dość drogo – choć to najbardziej “cywilizowane” miejsce jakie widzieliśmy w tym kraju.
Największą “atrakcją” miasta są przyjemne parki (tak wielu drzew naraz jeszcze w Kazachstanie nie widzieliśmy) – ale i one atakują kiczem – złotymi posągami, dziwacznymi fragmentami postsowieckiej architektury… Popularne są tu też parki rozrywki, z karuzelami, watą cukrową i innymi atrakcjami – ale też rządzi w nich kicz i tandeta. Podobnie jest na ulicach – handel uliczny, stragany i sklepiki z badziewiem – wygląda to zupełnie jak w Polsce na początku lat 90.

2 czerwca, czyli dziś – spędzamy w Szymkencie na sprawach gospodarskich – czyścimy filtry powietrza i regulujemy motocykle, robimy niezbędne zakupy i odpoczywamy. Oraz nadrabiamy zaległości blogowe i wrzucamy zdjęcia. Czasem trzeba odpocząć. Tylko Malina wybrał się dziś na wycieczkę do pobliskiego parku narodowego – aby odpocząć bliżej natury i zobaczyć trochę dzikiej przyrody.