Gruzja, 12-15 lipca

Do granicy z Gruzją z Ilisu pojechaliśmy boczną, lecz krótszą drogą, która niestety szybko przerodziła się w dziurawy, żwirowy offroad. Kilka kilometrów po wyruszeniu spotkaliśmy przechodzącego na drugą stronę drogi żółwia. Nie wyglądał na speszonego naszą obecnością. Stojan od razu postanowił się zaprzyjaźnić.

DSCN4131

Przejście przez granicę zajęło około 1h, głównie procedura wyjazdu z Azerbejdżanu, gdzie była kolejka. Same formalności załatwione zostały szybko i miło. Już w Gruzji wyruszyliśmy w stronę Sighnaghi – i wspięliśmy się drogą pełną serpentyn do tego niesamowitego miasteczka na szczycie góry, otoczonego imponującymi murami. Połaziliśmy po nim trochę, a tam: klimatyczne cerkwie, cudowne górskie widoki, a w lokalnej knajpce mieliśmy pierwsze spotkanie z chaczapuri – gruzińskimi plackami z serem, pysznymi i bardzo sycącymi. No i było to pierwsze miejsce, gdzie co druga osoba zagadywała do nas po polsku – mnóstwo polskich turystów, a lokalni mieszkańcy po polsku proponowali kwatery na nocleg.

DSC00413

Sighnaghi – mury, cerkwie, urocze uliczki

DSCF9816

Sighnaghi – widok z murów miasteczka w dolinę

Zjechaliśmy jednak z Sighnaghi i ruszyliśmy dalej. Czekała nas niesamowita widokowo droga do Dawid Gareja, wykutego w skale kompleksu klasztornego. Piękne niewysokie góry, i płaskowyże między nimi, słone jeziorka, porzucone w dolinie miasteczka – zatrzymywaliśmy się co kilkanaście minut by pstrykać zdjęcia, bo ostatnim razem tyle cudnych rzeczy na raz widzieliśmy w Kirgistanie.

2014-07-12 17.54.05

Takie widoki były na drodze do Dawid Gareja

DSC00420

I takie też. Jak tu się nie zakochać?

Przy samym klasztorze droga przerodziła się w hardkorowy offroad – sypki żwir i górskie kamienie. Po zwiedzeniu klasztoru (który nie okazał się aż tak imponujący jak się spodziewaliśmy) postanowiliśmy jechać najkrótszą drogą (tym offroadem) w stronę Tbilisi, mijając po drodze wojskowy obóz ćwiczebny (okazało się, że te żwirowe drogi nocą wykorzystywane są jako teren ćwiczeń czołgów i wozów bojowych).

2014-07-12 18.14.52

Dawid Gareja – klasztorne cele wykute w skale

Gdy o zmroku doturlaliśmy się do Tbilisi, czekało nas szukanie zarezerwowanego na booking.com noclegu po małych wąskich, ciemnych i straszliwie stromych uliczkach. Hostel nie był oznaczony, a uliczki, często jednokierunkowe, naprawdę wiły się podstępnie. W końcu zadzwoniliśmy do właścicieli i odnaleźliśmy miły i zaciszny hotel z fajnym podwórkiem, w samym centrum położonej na stromym zboczu starówki. Już ten wieczorny przejazd przez miasto dał nam poczucie, że jest wyjątkowe.

Cały następny dzień poświęciliśmy na zwiedzanie – wdrapaliśmy się na twierdzę, spacerowaliśmy po labiryntowych uliczkach starówki, w dzień było to dużo przyjemniejsze niż po nocy. Poszliśmy nad rzekę, przejechaliśmy się kolejką gondolową, podziwialiśmy strome skalne ściany, na których nad rzeką wznosi się cała dzielnica. Trafiliśmy też na pchli targ, pełen dzieł sztuki i intrygujących staroci.

DSCN4237

 

Na tym targu było wszystko: dzieła lokalnych artystów (fajne i ciekawe!), stare sztućce i zastawa stołowa, książki, ale i sprzęt fotograficzny… 

Tbilisi jest urokliwe. Stare domy czarują drewnianymi balkonami i werandami, nowe hotele wkomponowują się w nie z wdziękiem, dając gościom do dyspozycji tarasy na dachach, z których rozciąga się widok na malowniczo położone miasto. Na głównych ulicach nowoczesne, lecz przytulne knajpy wabią smakowitym jedzeniem i jeszcze lepszym lokalnym winem. Daliśmy się skusić na obiad i na spróbowanie białego i czerwonego wina – to była uczta, a wino… nie ma słów, by opisać, jak bogaty miało smak. Wieczorem przeszliśmy się na jeszcze jeden spacer, bo oświetlone wzgórze z twierdzą i klify nad rzeką największe wrażenie robiły po zmroku.

DSC00589

Tbilisi nocą

DSC00567

Tbilisi w dzień

Następny dzień zaczęliśmy od pojechania do Mtskhety, która jest takim gruzińskim Gnieznem i Wawelem w jednym – jest tam katedra koronacyjna królów, ich groby, no i jest to miejsce, w którym Gruzja przyjęła chrześcijaństwo. W moich wspomnieniach Mtskheta to głównie imponująca katedra z prawdziwą średniowieczną atmosferą, a dokoła niej zaciszne miasteczko. Potem pojechaliśmy na zachód, do Uplistsikhe, by zwiedzić skalne miasto położone tarasowo na zboczu góry. Było ciekawe, przywodziło na myśl  scenografię do gier komputerowych.

DSCF9917

Wykute w skałach komnaty tronowe? Wysokie starożytne kamienne schody? Zainscenizujmy jakieś ścinanie głowy!

Następnym punktem programu była gruzińska droga wojenna, ciągnąca się od Tbilisi na północ przez wysoki Kaukaz. Stamtąd pamiętam niesamowite zakręty, pyszne pierogi w przydrożnym zajeździe, strome podjazdy, świetne widoki (mimo że pochmurno, to co wyłaniało się spod chmur było imponujące).

DSCN4387

Panorama z punktu widokowego na gruzińskiej drodze wojennej

DSCN4392

I sama gruzińska droga wojenna

Nie dotarliśmy do samego Kazbegi – zniechęciła nas zła droga i późna pora, ciemno i wilgoć. Powróciliśmy pod położone bliżej początku drogi opactwo w Ananuri nad górskim jeziorem i tam rozbiliśmy namioty, pod samymi murami średniowiecznej twierdzy.  Wieczorem długo gadaliśmy przy ognisku, a towarzyszyły nam przyjazne psy, które bardzo chciały spędzić noc z nami.

DSCN4414

Poranna panorama naszego miejsca noclegowego: u stóp opactwa w Ananuri, nad rzeką wpadającą do jeziora, psy nadal nam towarzyszą 🙂

Spod opactwa wyruszyliśmy wcześnie rano, aby dotrzeć do Erewania – czekał nas szybki przelot na południe, pożegnalnie przejechaliśmy przez urocze centrum Tbilisi, a potem błyskawicznie przekroczyliśmy granicę Armenii – jedyną formalnością, która zatrzymała nas na parę chwil było kupno ubezpieczenia OC na moto, czyli strachowki – chciano nas naciągnąć, ale po sprawdzeniu cen w kilku przygranicznych biurach  okazało się, że uczciwa cena na taki dokument to 5 USD (a nie 20 EUR, jak na początku nam wmawiano).

Za nami została piękna i malownicza Gruzja, do której jeszcze powrócimy. A przed nami krótki wypad do Armenii, tylko po to, by zobaczyć jej największe atrakcje. Napiszemy o nich wkrótce, stay tuned!

Share your thoughts