Droga powrotna, 24-28 lipca

Ostatni etap podróży – od porannego wyjazdu ze Stambułu 24 lipca – miał być szybkim przelotem przez Europę. Byle do domu. Po dwóch i pół miesiącach jazdy wizja własnego wygodnego łóżka i spotkania z bliskimi była tym, co trzymało nas na nogach (w każdym razie mnie, czułam się naprawdę wyczerpana).

Przelot przez Turcję do granicy z Bułgarią i potem bułgarskimi autostradami do Sofii upłynął bez przygód. W Sofii zaklepaliśmy sobie tani hotel w samym centrum. Miasto wydało nam się przyjazne, zwłaszcza, że oprowadzał nas po nim Stojan, który tu studiował i tu poznał swoja żonę – odbyliśmy więc wycieczkę sentymentalną do miejsc, gdzie Stojan spędzał swoje studenckie czasy. Najbardziej podobało mi się w Sofii to, że większość centrum zamieniona jest na strefę pieszą, którą przecina tylko kilka jednokierunkowych uliczek dojazdowych. Zatem jest to miasto stworzone do spacerów, kameralne uliczki z XIX-wiecznymi kamienicami, wysadzane drzewami, ławeczki i ogródki knajp – miło tam.

2014-07-25 09.51.01

Strefa piesza w centrum Sofii – główny deptak z knajpkami o poranku (po tych szynach od dawna już nie jeżdżą tramwaje).

2014-07-25 10.21.40

Strefa piesza w centrum Sofii – tuż obok naszego hotelu.

Zanim opuściliśmy Sofię poszliśmy więc na poranny spacer, pożegnać się z sympatycznym miastem.  Ten dzień tez miał być prosty i bez przygód – trasa Sofia-Belgrad, głównymi drogami (z małym odbiciem, by zobaczyć pomnik walczących w I wojnie światowej, na którym widnieje nazwisko dziadka Stojana).

2014-07-25 15.05.15

Wśród wielu nazwisk – dziadek Stojana, walczący przeciw Serbom.

Co mogło się wydarzyć? A jednak, jak adventrue, to adventure… Na kilkadziesiąt metrów przed naszym celem w Belgradzie (mieliśmy nocować u ciotki Stojana, w jednym z bloków w centrum) dopadła nas przygoda. Stojanowi spadł łańcuch, sterany po intensywnej offroadowej jeździe. Mimo że Stojan najdokładniej dbał o swój łańcuch i wszystkich nas zaganiał do smarowania przez cały wyjazd – to jego spotkała taka przykra niespodzianka. Dotoczyliśmy motocykl z uszkodzonym łańcuchem pod klatkę docelowego bloku i rozłożeni dookoła próbowaliśmy zmienić łańcuch. Stojan oczywiście miał łańcuch zapasowy, ale żadne z nas jeszcze nie zakuwało łańcucha, więc trochę to trwało.

2014-07-25 19.55.09

No dobra, to co teraz?

2014-07-25 20.06.39

Ostatni etap mocowania nowego łańcucha. Janusz dał radę!

Przy okazji ponownie przekonaliśmy się, że przyjaźni i pomocni ludzie znajda się wszędzie. Przechodzący obok chłopak zainteresował się naszym problemem – po chwili okazało się, że też jest motocyklistą, ma własnego Transalpa, i do tego jest sąsiadem ciotki Stojana. Marco od razu wkroczył do akcji, bardzo nam pomógł w mocowaniu łańcucha, zaoferował na noc miejsce dla naszych pojazdów we własnym garażu, a następnego poranka wypilotował mnie i Janusza poza Belgrad tak, abyśmy uniknęli korków.

2014-07-26 09.25.23

Po lewej Marco i jego Transalp, tuż przed rozstaniem ze Stojanem.

W Belgradzie nasze drogi definitywnie się rozdzielały – Stojan ruszał do domu na zachód, do Rijeki. My postanowiliśmy pojechać nieco boczną, ale przyjemniejszą trasą (zamiast autostradami przez Węgry – najpierw drogami drugiej kategorii przez Rumunię). Pożegnaliśmy zatem 26 lipca o poranku Stojana, który z nowym łańcuchem poturlał się radośnie w kierunku domu, gdzie dotarł od razu tego samego dnia. My zaś pojechaliśmy bardzo przyjemną i niezbyt ruchliwą drogą ku granicy rumuńskiej, a potem przez Timisoarę i Oradeę na Węgry. Tego dnia przygody ograniczyły się do jazdy na rezerwie i szukania rozpaczliwie pierwszej stacji benzynowej za granicą Węgier i do ubierania się w ciuchy przeciwdeszczowe na widok burzy, która zdążyła się wypadać, zanim w nią wjechaliśmy.

Następny etap naszej trasy też upłynął błyskawicznie – Miszkolc (z małym wypadem po wino do Egeru), Koszyce, Piwniczna i już byliśmy w Polsce. Wjechaliśmy do kraju 27 lipca w niedzielę. W Nowym Sączu czekał na mnie stęskniony mąż, który samochodem dopilotował mnie do Warszawy, a Janusz tego popołudnia już witał się z rodziną w Krakowie.

Ostatni etap to dotarcie pod budynek PwC w Warszawie, skąd wyruszyliśmy, by symbolicznie zrobić pod nim zdjęcie i w ten sposób zamknąć pętlę, w ramach której objechaliśmy spory kawałek świata.

PwC back

Janusz pod IBC w Warszawie, w tym samym miejscu, z którego wyruszaliśmy 70 dni wcześniej.

 

Czas na odrobinę podsumowań.

Przejechaliśmy około 20 tys. kilometrów. Około, bo każdy nas ma trochę inną wartość na liczniku, rozdzielaliśmy się wszak i część trasy nie przebiegała dla wszystkich tak samo. Malina i Stojan, którzy jechali przez Pamir, zrobili po 21 tysięcy, ja i Janusz nieco ponad 20 tysięcy km.

Co było najtrudniejsze? Kumulujące się zmęczenie – końcówka trasy upłynęła już w nerwowej atmosferze i z poczuciem, że jesteśmy zbyt zmęczeni, by zwiedzać i podziwiać z entuzjazmem, na jaki mijane miejsca zasługują.

Czego nie przewidzieliśmy? Tego, jak bardzo może dawać się we znaki tęsknota. Byliśmy przygotowani na ekstremalne warunki pogodowe, na awarie motocykli, na kiepskie żywienie i noclegi w głuszy – ale nie spodziewaliśmy się, że tak ciężko będzie znosić rozłąkę z bliskimi. Dwa i pół miesiąca to bardzo dużo. Ja już wiem, że kolejne wyprawy będą albo krótsze, albo organizowane wraz z mężem.

Co było najfajniejsze? Wszystko! Ale najbardziej – przyjaźni i życzliwi ludzie, których spotykaliśmy wszędzie. Słyszeliśmy o tym wielokrotnie od innych podróżników, ale ta prawda się potwierdza – można liczyć na pomoc, życzliwość i wsparcie, a wtedy nie ma sytuacji nie do rozwiązania.

Kiedy i dokąd następna podróż? Jeszcze nie wiemy, ale pomysłów jest sporo! Będzie z czego wybierać.