Droga do Bishkeku i Bishkek

03-04 czerwca

We wtorek 3 czerwca ruszylismy z Szymkentu na Bishkek. Droga była trudna – po raz pierwszy w Kazachstanie jechaliśmy przez dłuższy czas przez miasteczka i wioski, w gęstym ruchu, i musząc uważać na pieszych. Po kilkudziesięciu kilometrach takiej krętej, górskiej drogi w terenie zabudowanym bylismy nieźle zmęczeni. Potem na szczęście zaczął sie odcinek świetnej autostrady (to bardzo nowa droga, w zasadzie powstała w tym roku, i ciągnie się od Aralska do Ałmaty, pod tym względem mieliśmy szczęście, bo jeszcze niedawno zamiast autostrady ciągnęła sie tam droga szutrowo-gruntowa, rozjeżdżona przez tiry).

Tuz przed granicą droga na Bishkek odchodzi od autostrady i znów prowadzi przez miasteczka i wioski – i wtem, jedno z takich miasteczek zmienia się w przejście graniczne. Odprawa celna z Kazachstanu i do Kirgistanu zajeła nam w sumie 1,5 godziny, ale po trudnej i długiej drodze, zmęczeni, odczuwaliśmy wszystkie uciążliwe biurokratyczne formalności dużo bardziej – i mieliśmy wrażenie, że tkwimy przy celnych okienkach godzinami. Głównym problemem są nasze motocykle, na które za każdym razem musimy wypełnić deklaracje celną – w dwóch egzemplarzach. W końcu, mimo drobiazgowości i czepiania się demonstrowanego przez jednego z kirgiskich celników, udało nam się przekroczyć granicę. Zanim jednak odjechaliśmy byliśmy świadkami tego, jak zdesperowany tłum po stronie kirgiskiej szturmuje bramę, by znaleźć się w Kazachstanie – ludzie z tobołkami, całe krzyczące do siebie rodziny, przebijające się przez szczelinę w bramie pilnowaną przez uzbrojonych mundurowych – tratujący się, rozkrzyczany tłum – zapadło mi to w pamięć. Ale ten zdesperowany tłum, po przedarciu się przez bramę, karnie ustawiał się w kolejce do okienka i był odprawiany już raczej na spokojnie (choć w pobliżu kręcili się cały czas uzbrojeni komandosi w kominiarkach). Dziwna granica.

Po jej przekroczeniu pojechaliśmy ostatnie 90 km do Bishkeku – Kirgistan przywitał nas drogą wprawdzie dobrej jakości, ale za to pełną stad krów, popędzanych przez lokalnych cowboyów, i wiodącą przez ludne miasteczka, gdzie ruch był naprawdę intensywny i niebezpieczny – szybkie wyprzedzanie od prawej strony, po poboczu, albo z naprzeciwka, na czwartego – było tam normalne. Ten szalony ruch stał się jeszcze bardziej zwariowany i nieprzewidywalny, a do tego zrobiło sie ciemno i zaczął padać zimny deszcz. Po ciemku, w deszczu błądziliśmy po mieście szukając zarezerwowanego pokoju – adresy tu też są dziwne, niektóre ulice maja dwie nazwy, niektóre zupełnie inna pisownie, niż może się zdawać – w każdym razie kiedy wreszcie dotarliśmy pod wskazany adres, okazało się, że właściciele wynajętego apartamentu chcą nas zakwaterować gdzie indziej i musieliśmy jeszcze za nimi jechać przez mokre miasto – a potem wtargać wszystkie rzeczy na 3 piętro bez windy. Ale mamy bardzo przyjemne mieszkanie, z pralką, żelazkiem, mikrofalą, rozległym balkonem i niesamowitym widokiem na przepiękne ośnieżone góry, no i w samym centrum miasta.

O poranku (4 czerwca) doceniliśmy te walory, zwłaszcza “widok na Giewont” i bliskość do centrum. Dzień zaczęliśmy od spaceru – i zachwyciliśmy się zielenią, parkami i spokojną, relaksującą atmosferą miasta. Zielone promenady, parki z posągami, dużo malowniczych fontann i rozciągający się z większości miejsc widok na ośnieżone, wysokie górskie szczyty – to naprawdę malownicze miasto, w którym można odpocząć i złapać nieco oddechu – co własnie czynimy 🙂 W dodatku pełno tu miłych, uczynnych ludzi, i sporo z nich mówi po angielsku (co w Kazachstanie było zupełną niemożliwością).

Po szybkim obiedzie wyruszyliśmy szukać warsztatu wulkanizacyjnego, aby zmienić opony. Objechaliśmy spory kawałek miasta, pytając we wszelkich wulkanizacjach, czy zajmą się naszymi motocyklami – ale nikt nie chciał. W końcu napotkany motocyklista na niebieskim pięknym Kawasaki, zaprowadził nas na drugi koniec miasta (demonstrując dynamiczna kirgiską jazdę i slalom między samochodami w mega gęstym ruchu) do warsztatu, gdzie zajęto się naszymi oponami sprawnie i profesjonalnie. Dla potomności zostawiamy tu koordynaty tego miejsca, gdyby ktoś też potrzebował zmieniać opony: N 42°49.463′, E 074°37.854′. Spędziliśmy tam około 3 godzin, ale teraz nie musimy już wozić naszych zapasowych opon – i to jest cudowna świadomość. Dokonaliśmy też drobnych napraw i poprawek w motocyklach, szykując je do dalszej wymagającej drogi.

Dzisiejszy wieczór to kolejny spacer po mieście i napawanie się jego przyjazną atmosferą. A jutro znów przeprawa przez granicę i powrót do Kazachstanu do Ałmaty. I zaraz potem – w góry!!!