Droga Aktobe – Aralsk

29 maja 2014: Śniadanie na zapyziałej stacji benzynowej – świeże płaskie okrągłe chlebki i kiełbasa krakovskaya. Straszliwy ziąb i silny wiatr – najpierw w mordę, potem z lewej.
Zatem jazda wyglądała tak, że cały czas w złożeniu do lewego zakrętu, szlifowaliśmy boki naszych opon. Po kilkudziesięciu kilometrach musielismy zatrzymać sie, żeby załozyc na siebie dodatkowe warstwy.
Jednak jakość drogi Aktobe-Aralsk (gładziutka, nowa i szeroka) oraz cudowne krajobrazy, które się rozciągały jak okiem sięgnąć – wynagrodziły nam jazdę w tym porywistym wietrze
i niewygodnej pozycji.
Przywyklismy już nieco do pustki ciągnącej się po obu stronach drogi, zakłócanej jedynie stadem koni, owiec lub wielbładów czy odległą linię elektryczną.
ale tutaj nie było nawet tego – tylko ciągnące się, lekko pofalowane połacie traw i ziół, kwiatów, złociste, szarawe, czasem lekko fioletowe, czasem rude –
zdumiewająco piękne, smagane wiatrem i nie zakłócone niczym. I podrywający się czasem spośród traw sokół, orzeł lub inny mniejszy ptak, patrzący na nasz chwilę z wyrzutem,
że zakłócamy spokój jego rewiru.

Jakieś 150 km przed Aralskiem zatrzymaliśmy się w przydrożnej “kawiarni” na jakiś ciepły napój i zupę – bo zimny wiatr przewiweał już nas do kości po prawie 400 km jazdy.
pisze “kawiarnia” w cudzysłowie, bo była to mała przydrożna chatka, gdzie znajdowały sie trzy stoły, a przed wejściem trzeba było zdjąć obuwie – jako że kawa i herbata
serwowane byly na niskich stołach, dokoła których gościa siadali na kolorowych matach w geometryczne wzory.
Zamówiliśmy kawę i herbatę oraz zupę, która okazała się rosołem na baraninie, z płwającymi wielkimi kawałami ziemniaków, dostaliśmy do niej świeżo posiekaną cebulę i chleb.
Zupa była gorąca i pożywna, choć pływające w niej wielkie kawalki mięsa z tłuszczem i kośćmi nie wyglądały apetycznie dla naszych europejskich oczu – ale cóż, trzeba się
będzie przyzwyczaić, bo takie posiłki to teraz będzie dla nas norma.

Pokrzepieni kontynuowalismy jazdę, ale przerwaliśmy ją wkrótce, by podziwiać zachód slonca nad stepami, które po raz kolejny zmieniły barwę i wyglądały złociście pod malowanymi wieczornym światłem chmurami.
Końcówka drogi pod Aralskiem przywitała nas niespodzienką – offroadowym objazdem, w ciemnościach, ze sznurem tirów z naprzeciwka. Zmęczeni po całym dniu w wietrze,
musieliśmy zacisnąć zęby i pokonac ten trudny i paskudny kawałek.
W Aralsku udało nam się mimo późnej pory znaleźć (dzięki wskazówkom przyjaznego policajnta i grupki nastolatków zwabionych naszymi motocyklami) niedrogi i przyzwoity hotel, niestety bez internetu…
Po raz kolejny zaobserwowaliśmy w nim charakterystyczną rzecz, obecną też w wielu kazachskich domach – okna zaklejone folią aluminiową, żeby odbijala słońce i trzymała upał z dala od wnętrza.

O poranku postanowiliśmy znaleźć porzucone statki na pustyni – okazało się, że to 60 km drogi w jedną stronę, fatalnej – i na koniec nieprzejezdnej dla nas – bo był tam sypki piasek, więc nie dotarliśmy do gigantycznych kadłubów w pustyni, choć było to moim wielkim marzeniem.

Aralsk ogólnie sprawia ponure wrażenie, miasto nad wyschniętym morzem, warto to było zobaczyć – ale nie jest to widok, który zachwyca, raczej daje do myślenia.