Azerbejdżan, 9 -11 lipca

Jak pisałam w poprzednim odcinku, dostanie się na prom do Baku było drogą przez mękę. Sama podróż promem nie była taka zła, ale nie należała też do luksusów. Ciasna czteroosobowa kabina była dość czysta i zawierała nawet w miarę świeżą pościel, promowe prysznice także nie były złe, ciepła bieżąca woda to zawsze radość w podróży. Natomiast toalety – cóż, nie były to najgorsze toalety jakie widzieliśmy (najgorsze były w Turkmenistanie, przy terminalu promowym, gdzie spędziliśmy poprzednie kilkanaście godzin…). No, ale te promowe toalety także wiele pozostawiały do życzenia. Brud, smród, niedomykające się drzwi (tak, czasem trzeba napisać i o tych aspektach wielomiesięcznego podróżowania – czasem wydaje ci się, że już jesteś znieczulony na kiepskie warunki sanitarne – do momentu, kiedy jakiś zapuszczony, straszliwy kibel nie pozbawi cię kolejnych punktów poczytalności).

14 godzin na promie spędziliśmy zatem drzemiąc, choć trochę też się szwendaliśmy po pokładach dostępnych dla pasażerów, próbowaliśmy nawet wejść do sterówki, ale azerscy marynarze wyprosili nas uprzejmie. Cały czas mieliśmy poczucie, że wracamy z krajów mniej rozwiniętych do cywilizacji, i że w Baku będzie lepiej – pod względem higieny, jakości jedzenia, a przede wszystkim – ilości biurokracji, z którą przyjdzie nam się użerać. Niestety, biurokracja bardzo nie chciała nas wypuścić ze swych morderczych macek…

Do Baku dopłynęliśmy około północy. Do godziny 3 siedzieliśmy na spakowanych tobołkach i czekaliśmy na odprawę, prowadzoną przez dwóch azerskich urzędników (wyproszono nas już z kajuty, ale bez odprawy nie mogliśmy zejść na ląd). Kapitan promu z jakiegoś powodu zadecydował, że mamy zostać odprawieni ostatni, po rodzinach z bagażami i licznych kierowcach tirów. O trzeciej wreszcie poproszono nas do odprawy – i tu nastąpił pierwszy zonk, bo celnik od mienia wwożonego oświadczył nam, że nie może nas tu odprawić, bo musi wystawić specjalne dokumenty wwozowe dla motocykli – a drukarkę do nich ma tylko u siebie w biurze. Oświadczył nam przy tym, że i tak nie mamy się co spieszyć, bo do 8 rano nie wyjdziemy z portu, ale kompletnie nie potrafił nam wytłumaczyć dlaczego. Dopiero po długich próbach porozumienia okazało się, że nie da się wyjechać z terenu portu bez uiszczenia opłaty za wjazd do kraju, a kasą tę opłatę przyjmująca jest czynna od 8 rano. Celnik więc poinstruował nas bardzo łamanym rosyjskim, gdzie mamy się jutro stawić z motocyklami po niezbędne papiery celne, kiedy tylko opuścimy port. Podbito nam paszporty i wypuszczono na nabrzeże. Niestety, okazało się, że i tak musimy czekać aż część tirów zjedzie z promu – nasze motocykle były zaparkowane w trzewiach promu i niedostępne. A tiry zjechać tak szybko nie mogły – upchane na styk, jak klocki na planszy tetrisa, tiry pakowane były na prom przy użyciu rampy szerokości całego luku bagażowego – a tu miały do dyspozycji rampę o połowę węższą, więc wydobycie ich na ląd wymagało karkołomnych kombinacji.

DSC00191

I jak tu wyjąć te wszystkie tiry, jak rampa dużo węższa?

Siedzieliśmy więc na pirsie, patrząc jak kierowcy tirów pokrzykują na siebie (bo każdy wiedział najlepiej, jak rozwiązać ten problem) i próbują kolejno wyjechać z promu. Halogeny prosto w twarz, pokrzykiwania ludzi i ryk silników, smród portowej wody – nie dało się spać w takich warunkach. W końcu kilka pierwszych tirów wyjechało i udało nam się kolejno wyprowadzić motocykle. Przejechaliśmy w pobliże bramy portu, znaleźliśmy nieczynną kasę i tam zalegliśmy na karimatach, aby dotrwać do tej 8 rano.

O 8 okazało się, że kasa jest czynna od 9. O 9 okazało się, że wjazdowy „bilet” do Azerbejdżanu, bez którego nie da się opuścić portu kosztuje zaledwie 95 dolarów! Pokazano nam oficjalny cennik z państwowymi pieczęciami, bo nie mogliśmy uwierzyć w taką kwotę. Westchnęliśmy ciężko, zapłaciliśmy – i pojechaliśmy szukać izby celnej, by zdobyć dokumenty dla motocykli. Niestety, tłumaczenie celnika było mętne, więc objechaliśmy pół miasta zanim w końcu znaleźliśmy odpowiedni urząd. Wystawienie papierów potrwało, bo zepsuł się skaner. Na szczęście tu już nie musieliśmy nic płacić, ale straciliśmy kolejne 3 godziny na zupełnie zbędną papierkologię. Dopiero około 13 daliśmy radę wyruszyć na poszukiwanie hostelu, i tu przynajmniej udało nam się szybko znaleźć tanie lokum w środku starówki, gdzie wreszcie mogliśmy odpocząć. Nie wszyscy, niestety – Stojan postanowił działać w sprawie niepokojąco pękniętej opony i wraz z Januszem ruszyli w miasto szukać serwisów motocyklowych lub wulkanizatorów – zjechali drugie pół miasta, bez skutku. Znaleźli tylko ekskluzywne salony sprzedaży, które nie umiały pomóc w banalnej, zdawałoby się, naprawie.

Wieczorem poszliśmy na spacer po Baku, i zachwyciliśmy się – to piękne miasto, gdzie niesamowita starówka idealnie przeplata się z budynkami nowoczesnymi. Nam w każdym razie to połączenie wydało się bardzo korzystne i naturalne. Dużo zieleni, fajnie urządzona przestrzeń miejska – schody, skwery, fontanny, dużo sztuki współczesnej w postaci rzeźb, dziwnie ukształtowanych ławek i latarni – wszystko przyjemne dla oka, ciekawe, czasem zaskakujące, ale funkcjonalne.

DSC00273

Nowoczesne centrum Baku, te wieżowce to jęzory ognia, bo Azerbejdżan tłumaczy się jako “kraj ognia”. Ładne.

DSC00272

Widok na centrum Baku – niska zabudowa to starówka, dookoła nowoczesność w postaci wieżowców, wszędzie sporo zieleni.

DSCF9667

Mury starówki odbijają się w budynku stacji metra. Kwintesencja Baku na jednej fotce – tylko u nas.

DSCN3796

Maiden Tower – najbardziej charakterystyczny punkt starówki. W środku – bardzo fajne muzeum.

Następnego dnia o poranku znów połaziliśmy trochę po mieście, zwiedziliśmy świetne, multimedialne muzeum w Maiden Tower, a potem około południa ruszyliśmy w dalszą drogę – na razie na południe, do Gobustanu, zobaczyć petroglify (zanim pojechaliśmy oglądać te wykute w skałach dzieła ludzi pierwotnych zwiedziliśmy poświęcone im nowoczesne muzeum, było bardzo warto). Połaziliśmy trochę po skałkach, fotografując petroglify i zachwycając się widokiem na morze.

DSC00298

Petroglify. Było ich mnóstwo, bardzo ciekawe. 

A potem pojechaliśmy dalej, zobaczyć ukryte na wzgórzu przy drodze wulkany błotne – to było prawdziwe zaskoczenie. Niepozorne wzgórze, a na nim kilkanaście błotnych wulkaników, niektóre półmetrowe, niektóre 2-3 metrowe – a w ich kraterach bulgocąca błotna masa. Wygląda to zabawnie (zwłaszcza, że wulkaniki wydają mocno fizjologiczne dźwięki) ale szarość błotnego krajobrazu robi też kosmiczno-monumentalne wrażenie. Fajne miejsce.

2014-07-10 15.24.20

Wulkany błotne z bliska.

DSCN4042

I panorama całego wzgórza z wulkanami. Dodajemy krajobrazowi nieco życia.

Po obejrzeniu wulkanów ruszamy do Shamakhy, naszego docelowego miejsca na dziś. Mapa wskazuje drogę, której już nie ma, na szczęście w jednym z przydrożnych miasteczek lokalesi kierują nas na „zupełnie nową, nowiuteńką drogę do samego Shamakhy”. No to ruszamy, droga faktycznie jest nowiutka – ale na ostatnie 30 km przez niewielkie góry piękny gładki asfalt się kończy i jedziemy dość trudną żwirową drogą – za to widoki są niesamowite, płowe szczyty pod pokrytym niewielkimi chmurkami niebem zachwycają i czarują.

DSC00339

Azerskie góry w drodze do Shamakhy. 

W Shamakhy znajdujemy kafejkę internetową, robimy zakupy i szukamy miejsca na namiot w okolicy.  Udaje nam się znaleźć malowniczą łąkę z widokiem na góry. Kiedy rozbiliśmy już namioty, przez łąkę polną drogą toczy się wiekowa łada – która oczywiście zatrzymuje się przy nas i wysypuje się z niej cała 7-osobowa rodzina, senior rodu, dwóch synów z żonami i dzieciaki. Dorośli wszyscy porządnie wcięci, chyba wracają z rodzinnej imprezy. Senior rodu serdecznie się z nami wita, zaprasza do nich do domu na wódkę, kolację i nocleg, grzecznie tłumaczymy, że już mamy rozbite namioty i nie potrzebujemy noclegu, on nalega przynajmniej na wódkę… W końcu po godzinie miłej konwersacji i stukrotnych zapewnieniach że nie potrzebujemy pomocy, jedzenia, kosmetyków ani innego wsparcia, rodzina odjeżdża, zostawiając nam w prezencie dwulitrową butlę wody ze studni oligoceńskiej („żebyście chociaż mieli się jak umyć!”). Przemili ludzie, choć podróż ładą w 7 osób pod mocnym wpływem alkoholu to jednak dość egzotyczna dla nas rzecz.

Następnego dnia pojechaliśmy do Shamakhy zwiedzić lokalny meczet – jest nowiutki i piękny z zewnątrz, ale panowie (bo tylko im wolno było wejść do środka) twierdzą, że wewnątrz nic specjalnego. Potem pięknymi górskimi drogami pojechaliśmy do Shaki, gdzie zwiedziliśmy pałac chana, zerknęliśmy też na zabytkowy karawanseraj – znak, że i tędy biegła jedna z nitek Jedwabnego Szlaku. Pałac był malutki, lecz pięknie zdobiony, a w karawanseraju obecnie mieści się całkiem przyzwoity hotel – nie skorzystaliśmy jednak z niego, chcąc dojechać jak najbliżej do granicy z Gruzją.

DSC00379

Pałac Chana w Shaki. Urokliwy.

W efekcie szukaliśmy noclegu już w górach Kaukazu, w okolicach pięknie położonego nad rzeką miasteczka Qakh, w końcu kiedy pogranicznicy nie pozwolili nam rozbić namiotu w dolinie, zanocowaliśmy w plenerowej knajpce w Ilisu, w ogrodzie, w zasłanianych alkowach. Zanim poszliśmy spać, raczyliśmy się pyszną kolacją i shishą – to było miłe pożegnanie Azerbejdżanu, przez który przejechaliśmy w pędzie.

DSC00392

To już Kaukaz, a my szukamy miejsca na nocleg w dolinie Ilisu. Niestety pogranicznicy zabronili nam postawić  w tej okolicy namioty.

Następnego ranka ruszyliśmy do Gruzji, tę granicę przekroczyliśmy już szybko i sprawnie, bez straszliwej biurokracji – i odetchnęliśmy z ulgą.

Share your thoughts