Awaria laptopa, czyli czemu tak dlugo nic nie pisalismy

Nie pisalismy dlugo, z dwoch przyczyn – po pierwsze nasz laptop dokonal zywota (najprawdopodobniej spalona plyta glowna) i ciezko nam bylo zarchiwizowane na nim notatki opublikowac, po drugie – internet w tych krajach kapie po kropelce, ewnetualnie jest donoszony przez golebie pocztowe, zatem trudno znalezc lacze, ktore pozwoli nam zupdatowac bloga z urzadzen mobilnych. Dlatego dzis korzystam z chwili sjesty i w miare dobrze dzialajacej kawiarenki internetowej, by nadrobic zaleglosci  i choc w skrocie napisac, co dzialo sie z nami przez ostatnie 10 dni. Natomiast jeli jest wifi, to staram sie wrzucac na FB o G+ w miare aktualne wiesci o naszym miejscu pobytu i jesli sila wifi pozwala – fotki.

Od 17 czerwca, czyli ostatniego wpisu sporo sie wydarzylo – ja i Janusz przejechalismy Doline Ferganska, potem przejechalismy przez polnocny Tadzykistan do Duszanbe, gdzie 21 czerwca po poludniu spotkalimy Stojana i Maline zmeczonych po trudnym przejezdzie przez Pamir – ich opowiesci utwierdzily nas w przekonaniu, ze pojechanie dolem to byla dobra decyzja, tym bardziej, ze dzieki temu zobaczylismy Margilon, Kokande, Fergane i spedzilismy noc nad pieknym sztucznym jeziorem na Syr-Darii.

Z mniej przyjemnych dowiadczen – pierwsze spotkanie moje i Janusza z uzbeckimi celnikami zakonczylo sie po 4 godzinach, spora doza biurokracji plus szczegolowe przeszukiwanie naszego bagazu zabraly nam pol dnia jazdy. No i przejechalismy znad wspomnianego jeziora do Duszanbe przez gory – bardzo malownicza trasa, ale pod jej koniec czekal nas tunel z piekla rodem – Anzob Tunnel, 5 km bedacego w budowie, nieoswietlonego, niewentylowanego, zalanego woda piekla. Jazda wsrod innych samochodow i ciezarowek w kompletnej ciemnosci po gigantycznych dziurach – to byla walka o zycie. Ale dalismy rade.

W Dushanbe zostalismy dwie noce – poza Malina, ktory na druga noc wybral sie w gory pod granice uzbecka – i tam sie z nim spotkalismy 23 czerwca, by wspolnie przekroczyc granice i teraz juz razem podrozowac przez Uzbekistan. Na granicy kontrola bagazy tym razem trwala krocej, za to celnicy mieli dodatkowa atrakcje, bo Malina odkryl, ze ma przebite tylne kolo, i naprawial je wlasnie na granicy, wykorzystujac przestoje w formalnosciach. Na szczescie nikt nie mial z tym problemu i celnicy patrzyli na te naprawy z cierpliwa zyczliwoscia.

Po pokonaniu granicy dotarlismy do Termez, gdzie z nieduze pieniadze (okolo 7 USD od osoby) znalezlismy bardzo ekskluzywnie wygladajacy hotel – wysoki budynek ze srebrna elewacja, biala, marmurowe lobby, pelen wersal. Pokoje byly skromne i czyste, lazienki w nich rowniez, wiec bylo super. Pojechalismy na wieczorna wycieczke do ruin pod Termez – XI-wieczna twierdza Kyr-Kyz (40 Dziewczat) oraz mauzoleum Sultan Saodat Ensamble, juz w architekturze timurydzkiej. A w drodze powrotnej dane nam bylo zaznac specyfiki tankowania w Uzbekistanie – jest tu wprawdzie sporo stacji, ale otwarte i posiadajace benzyne na sprzedaz sa nieliczne – wiec tworza sie do nich spore kolejki – i my musielismy w takiej kolejce odstac swoje, by napelnic baki jedyna dostepna benzyna 80 oktanowa.

Nastepnego dnia pedzilismy o swicie, by jak najwiecej pokonac przed uderzeniem upalu – ale tez zwiedzalismy buddyjskie ruiny przy wyjezdzie z Termez oraz mauzoleum patrona tego miasta. Wczesnym popoludniem dotarlismy do Shahrishabz, 80 km od Samarkandy, gdzie miescil sie letni palac Timura i gdzie mial byc pochowany – zwiedzilismy ruiny palacu i mauzoleum, jak przystawke przed daniem glownym, ktorym byla Samarkanda. W Shahrishabz Malina zmienil tez opony, z tych przebitych terenowych na szosowe, ktore mial poprzednio i wozil caly czas ze soba. Droga z Shahrishabz do Samarkandy wiedzie malowniczymi serpentynami przez gory – a sama Samarkanda jest polozona w zielonej, zyznej kotlinie, naprawde unikalne miejsce.

Od wieczora 24 czerwca do poranku 27-go bylismy w Samarkandzie, zwiedzajac miasto i okolice. Niesamowite, w pelni juz prawie odrestaurowane medresy i meczety sa absolutnie przepiekne. Tylko meczet Bibi-Hanym jest jeszcze nie odrestaurowany we wnetrzach – warto go bylo zobaczyc, by poczuc roznice miedzy jego spekanymi, poczernialymi murami, a feeria barw Registanu. Pojezdzilismy tez troche wkolo miasta, zwiedzilismy m.in mauzoleum Ismail-al-Bukhari, sunnickiego swietego, bardzo ciekawy architektonicznie i przyjemny kompleks religijny. Samarkanda to ogolnie bardzo ciekawe miasto – widac, ze zainwestowano niedawno mnostwo pieniedzy, by uczynic je atrakcyjnym dla turystow – miedzy zabytkami sa piekne parki, aleje, deptaki i fontanny, a dzielnice starego miasta, biedne i zrujnowane, obudowano murem, ktory zaslania je przed wzrokiem turystow. My oczywiscie zapuscilismy sie nieco za te mury – w jednym takim “getcie” mieszkalismy, w przemilym hotelu z cudownym, dzikim ogrodem, dookola ktorego, jak dookola patio, miescily sie pokoje dla gosci (sniadanie serwowano na tarasie w ogrodzie, a my spalismy na tarasie nad pokojami, wsrod winorosli, na swiezym powietrzu i z widokiem na najpiekniejsze w miescie mauzoleum Timura. Hotelik nazywa sie Antika B&B i bylo to chyba najprzyjemniejsze miejsce – poza kampingami nad jeziorami – w ktorym nocowalismy).  A w uliczkach zydowskiego starego miasta bladzilismy szukajac lazni, i tam tez liznelismy nieco prawdziwego zycia miasta – dywany prane na ulicach, panowie przed meczetem niespiesznie grajacy w jakas odmiane warcabow, biegajace beztrosko po waskich uliczkach dzieci.

Dzis nadajemy z Buchary, przybylismy tu w najwiekszy upal, wiec czekamy, az temperatura troche opadnie, by pochodzic po miescie – jutro planujemy glowna czesc zwiedzania. Na razie mamy niedrogi (po intensywnych negocjacjach) i bardzo przyjemny hotel z patio, gdzie parkuja nasze motocykle. Zjedlismy tez pyszny obiad z shisha w restauracji przy fontannie w samym centrum starowki (jakies 300 m od naszego hotelu). Jest tu bardzo turystycznie i czujemy sie troszke jakbysmy ogladali specjalna wystawe dla zagranicznych turystow. Mam nadzieje, ze po dluzszym spacerze po miescie to uczucie sie zmieni.

Share your thoughts