Armenia i powrót do Gruzji, 15-18 lipca

Pobyt w Armenii rozpoczęliśmy od śmigania piękną górską droga do Erewania, widoki i winkle były bardzo przyjemne.

DSC00708

Gdzieś na drodze M6 od granicy z Gruzją do Vanadzor.

Niestety radość z jazdy zepsuły nam dwa spotkania z policją (za pierwszym faktycznie nieco przekroczyliśmy prędkość w terenie zabudowanym, za drugim – jechaliśmy 61 na ograniczeniu do 50, a mandat chcieli nam wystawić astronomiczny) – po negocjacjach obyło się bez mandatów, ale dzielni stróże prawa obrali nas z całej gotówki w lokalnej walucie, jaką mieliśmy przy sobie. Zbliżając się do Erewania widzieliśmy jeszcze kilka patroli czających się na poboczach – poczuliśmy się trochę jakbyśmy pływali w basenie pełnym rekinów…

Erewań – przejazd przez miasto nie nastrajał optymistycznie, korki, upał, beton (okropne postsowieckie bloki wszędzie). Ale gdy już dotarliśmy do kwatery (bardzo luksusowych pokojów do wynajęcia, a w ogródku buszowały trzy miniaturowe świnki – zwierzątka domowe) i poszliśmy na wieczorny spacer – samo centrum miasta okazało się zachwycające i tętniące życiem.

DSC00740

Nowi znajomi na kwaterze.

Skwer w okolicy opery pełen knajp z ogródkami i spacerujących rodzin z dziećmi bardzo się nam spodobał. A kilka kroków dalej jest Kaskada – czyli zbudowany w formie gigantycznych schodów park, będący zarazem galerią sztuki. Mnóstwo ciekawych, ładnych, czasem dziwacznych, ale interesujących dzieł sztuki zebrane w jednym parku, który ewidentnie służy miejscowym jako główne miejsce spotkań, spacerów i randek. Byłam zachwycona.

DSC00724

Kaskada.

DSC00721

Kaskada przez pryzmat jednej z rzeźb w parku.

Następny dzień to wyjazd ze stolicy i zwiedzanie: Garni – rzymska świątynia z 1 w.n.e., pięknie położona na skalnym klifie, malownicze miejsce.

2014-07-16 11.09.18

Tak wygląda rzymska świątynia w Garni.

DSC00742

A tak – okolica, w której ta świątynia sobie stoi.

Monastyr w Gareth – jakieś 10 km od Garni  – zrobił na nas niesamowite wrażenie: monastyr z wczesnego średniowiecza, który wciąż zachował niesamowity klimat – mroczne wnętrza oświetlone świecami, pojedyncze promienie światła wpadające przez kopułę oświetlające bardzo stare, misterne rzeźby… Prawdziwe miejsce kultu z mistyczną atmosferą, zachowaną mimo tłumów turystów.

DSC00748

Monastyr w Gareth z zewnątrz.

DSC00777

Monastyr w Gareth wewnątrz.

Potem objechaliśmy Erewań bocznymi drogami i postanowiliśmy wyjechać na Aragac, wygasły wulkan na który prowadzi asfaltowa wąska dróżka do obserwatorium na wysokości ponad 3 tys. m.n.p.m. (sam szczyt wulkanu to powyżej 4 tys. m.n.p.m.). Po dotarciu do końca drogi, nad jezioro koło obserwatorium, postanowiliśmy zostać na noc w małym hoteliku na brzegu jeziora – ceny były przyjazne, a widoki i miejsce – zapierały dech w piersiach. O poranku Malina zerwał się i samotnie wspiął się na niższy z dwóch szczytów wulkanu – i zrobił tam fajne zdjęcia górskiej przyrody.

DSC00831

Okolice szczytu wygasłego wulkanu Aragac.

DSC00834

Tam nad jeziorkiem po lewej widać budynek hoteliku, w którym nocowaliśmy.

Po zjechaniu z Aragac postanowiliśmy znaleźć Ani – dolinę z tysiącem kościołów, na granicy armeńsko-tureckiej. Było to jednak trudne, najpierw mapa i GPS wyprowadziły nas w pole, potem lokalne drogowskazy też myliły się w zeznaniach (najpierw 20 km, a po przejechaniu tych 20 km drogowskaz pokazał kolejne 14 km drogą z samych dziur i kamieni) – zrezygnowaliśmy więc. Pojechaliśmy zatem prosto na granicę gruzińską i szast prast – znów byliśmy w Gruzji.

2014-07-17 12.21.04

W poszukiwaniu Ani, vol. 1

DSC00841

W poszukiwaniu Ani, vol. 2

Zrobiliśmy mały popas w Akhalkalaki, zjedliśmy kolację i postanowiliśmy, że chcemy dojechać jak najbliżej skalnego miasta w Vardzi, co też uczyniliśmy. Z Akhalkalaki zjechaliśmy piękną drogą nr 11 – ta trasa to jedna z najcudowniejszych motocyklowych dróg naszej wyprawy, piękny asfalt, cudne zakręty w dolinie górskiej rzeki, niesamowite widoki. Polecamy.

Zanocowaliśmy nad rzeka obok drogi, a następnego dnia pojechaliśmy zwiedzać Vardzię. U wlotu do doliny zatrzymaliśmy się, by zrobić zdjęcia imponującej strzegącej drogi twierdzy.

DSC00848

Zaraz, zaraz, ja już gdzieś widziałam taką twierdzę u wlotu do doliny i łaziłam po niej, gdzie to było, gdzie? A, no tak, w Skyrimie!

Sama Vardzia – imponująca. Najciekawsze ze skalnych miast-klasztorów, i najbardziej fotogeniczne, dodatkowe punkty za korytarze i tajne przejścia w środku…

DSC00858

Skalne miasto (a w zasadzie klasztor) – en face.

DSC00881

Vardzia – z profilu.

Później rozdzieliliśmy się, w miasteczku Akhaltsikhe (które kusi do zwiedzania fajną górską twierdzą z zameczkiem)  – Janusz i Stojan od razu pojechali do Turcji przez granice w Sinir Kapisi, a ja z Maliną pojechałam przez góry do Batumi drogą, co do której były relacje, że będzie tam sporo offroadu – ale górskie widoki miały nam to wynagrodzić. Droga okazała się nie taka straszna – i bardzo malownicza. Offroad ograniczył się do jakichś 70 km górskiej szutrowej drogi, i dwóch strumyków, które trzeba było przejechać. Za to widoki z przełęczy i klimatyczne górskie wioski wynagrodziły nam wszelkie trudy.

DSC00903

Droga przez góry do Batumi. Miał być straszny offroad – było całkiem spoko.

DSC00905

Droga przez góry do Batumi. Widok z przełęczy.

Batumi przywitało nas ulewnym, ciepłym deszczem, w którym przejechaliśmy przez miasto i obejrzeliśmy promenadę, a chwilę potem w takim deszczu wjechaliśmy do Turcji.

2014-07-18 18.36.06

Główny deptak Batumi, zapłakany deszczem.

Spotkaliśmy Stojana z Januszem w miejscowości Hopa, i tam znaleźliśmy fajny hotel z widokiem na Morze Czarne. Chłopaki twierdzą, że drogi E391 i D010, którymi jechali przez Turcję to też jedna z najpiękniejszych motocyklowych dróg przez góry, jakie widzieli. Zakręty, widoki i fajny asfalt – wszystko w dużych ilościach, i sama przyjemność z przerzucania maszyny z winkla w winkiel.

W ten sposób opuściliśmy Kaukaz i zaczęliśmy przygodę z Turcją. Gruzja oczarowała nas krajobrazami, przyjaznymi ludźmi, pysznym jedzeniem i winem, i niesamowitą ilością bardzo ciekawych miejsc domagających się zwiedzenia. Tam na pewno wrócimy. Armenia również jest urzekająca, warto zobaczyć to, co my widzieliśmy i pewnie dużo więcej – ale krwiożerczość armeńskiej drogówki skutecznie odstrasza przed powrotem tam na dwóch kółkach. Za to do Gruzji – mogę wracać choćby zaraz.